niedziela, 17 listopada 2013

Stare, niedawno znalezione

Rozmowa z samym sobą,
czyli
Czemu młodzi ludzie przeżywają kryzys wiary.


Zastanawiając się, dlaczego młodzi ludzie odchodzą od Kościoła lub przeżywają kryzys wiary, znajdujemy bardzo wiele różnych odpowiedzi. Wiele z tych odpowiedzi zostało już udzielonych. Amerykańskie stowarzyszenie „LifeWay Research” odpowiada tak:
„Młodzi ludzie wychodząc ze szkoły średniej zazwyczaj idą do regularnej pracy lub podejmują dalszą edukację na wyższych studiach, stają wówczas przed wieloma trudnymi wyborami, między innymi - czy kontynuować chodzenie do kościoła? Aby dokładniej zrozumieć powody takich decyzji "LifeWay Research" w miesiącach od kwietnia do maja 2007 roku, przeprowadziło wywiady i badania statystyczne z ponad tysiącem młodych ludzi w wieku od 18 do 30 roku życia. Wszyscy ankietowani powiedzieli, że uczęszczali regularnie do kościoła aż do ukończenia szkoły średniej. Według przeprowadzonych badań ponad 70% młodych ludzi w wieku 23-30 lat, przestało regularnie uczęszczać do kościoła pomiędzy 18, a 22 rokiem życia. W wielu przypadkach decyzja opuszczenia kościoła nie była planowana. Tylko 20% zadecydowało, że z chwilą zakończenia szkoły średniej opuszczą także kościół lub zrobią sobie przerwę w uczęszczaniu do niego. Pomiędzy tymi planującymi przerwę jeden z ankietowanych powiedział:
- Po prostu powiedziałem swoim rodzicom, że nie lubię chodzić do kościoła i tyle.
Inny stwierdził:
- Bałem się że będąc religijnym, po prostu stracę swoich nowych przyjaciół.”
            Według „LifeWay” sam proces dorastania wiąże się z kryzysem wiary. Przestajemy chodzić do Kościoła, bo jest to zwyczajnie nudne, a poza tym nie mamy już na to czasu. Trochę inną koncepcję wyraża o. Mateusz Pindelski:
           
„W miarę dorastania wiara dziecięca okazuje się nieprzekonująca, ponieważ dorośli przestają być autorytetem. Młody człowiek chce sam zbudować własne przekonania. Zmienia się też sposób odczuwania Boga. Bywa że uczucia po prostu zanikają albo przeradzają się w uczucia negatywne, ponieważ Bóg jest postrzegany jako zagrożenie dla wolności, którą młody człowiek pragnie uzyskać.”

Według o. Mateusza młodzież zaczyna traktować Kościół jako oznakę zniewolenia, w stosunku do której trzeba skierować swoją agresję, aby móc odzyskać upragnioną wolność. Natomiast kardynał Joseph Ratzinger na pytania o kryzys wiary odpowiadał tak:

„Niewątpliwie żyjemy w okresie, gdy pokusa, by działać bez Boga, urosła do niebywałych rozmiarów. Nasza cywilizacja techniki i dobrobytu opiera się na przekonaniu, że w zasadzie wszystko można wytworzyć. Gdy tak uważamy, życie zaczyna się zamykać w granicach rzeczy, które potrafimy wytworzyć, realności, których istnienia potrafimy dowieść. Pytanie o Boga odchodzi więc w niepamięć. Gdy uogólniamy to nastawienie — czego pokusa jest ogromna, ponieważ wypatrywanie Boga rzeczywiście wymaga od człowieka, by stanął na innej płaszczyźnie, która w dawniejszych czasach przypuszczalnie była bardziej dostępna — wydaje się oczywistością, że coś, czego sami nie wytworzyliśmy, nie istnieje.”

Według Niego to postęp techniki i wzrastający u młodych ludzi racjonalizm powodują zanik wiary. Można by porównać młodzież do św. Tomasza, jednego z Apostołów, który nie uwierzył w zmartwychwstanie Chrystusa, dopóki sam Go nie zobaczył. Niestety, współcześni Tomasze nie dostają tak dobitnych dowodów na istnienie Boga.
Ojciec Jan Góra, pomysłodawca spotkań lednickich, tak tłumaczy kryzys wiary wśród młodzieży:

Kryzys wiary stanowi normalny element procesu wzrostu i progresji. Obumieranie prowadzi do odrodzenia, stanowi swoiste preludium, potrzebne, by zmierzać do kolejnego etapu. Jest to więc przechodzenie od form słabszych do mocniejszych, od gorszych do lepszych. Obumieranie pewnych formuł zatem jest znakiem aktywności, dążenia do zmiany, a nie upadku. Taki sposób pojmowania kryzysu nie pozwala wpadać w panikę, ale wskazuje, że następuje pogłębienie wiary, jej lepsze rozumienie, głębsza percepcja.”

Przekonuje On, że kryzys tylko pomoże w odrodzeniu się na nowo we wierze. W myśl powiedzenia „Kto pyta, nie błądzi.”, uważa, że nasze wątpliwości tylko wzmacniają naszą wiarę. Zapomina jednak o rzeszach młodych ludzi, którzy już nigdy do tej wiary nie powracają.
Przeszukując Internet, na jednym z portali plotkarskich znalazłem odpowiedź na tę pytanie, która w największym stopniu pokrywa się z moim zdaniem na ten temat. Pani Ewa Podsiadły napisała:

„Powodów przeżywania kryzysu wiary jest mnóstwo. Najczęściej od kościoła odchodzimy pod wpływem jakiejś tragedii. Gdy tracimy cały dobytek, zapadamy na ciężką chorobę albo dowiadujemy się o śmierci bliskiej osoby, odsuwamy od siebie myśl, że Bóg się nami opiekuje. Obwiniamy nie tylko siebie o tę tragedię, ale przede wszystkim winą obarczamy kogoś, kto jest nad nami. Nie wierzymy, że dobry Bóg mógłby na przykład zabrać nam ukochane dziecko albo na niewinną istotę zesłać chorobę. Dlatego wątpimy, przeklinamy Boga i odsuwamy się od kościoła.”

Każdy powód jest dobry. Z każdym z nich można się zgodzić. Jednak dla mnie to wpis z portalu plotkarskiego podaje prawdziwy powód odejścia od Kościoła ludzi młodych. I nie chodzi mi o pozerów, którzy wiarę lub jej brak traktują jak sezonową modę. „Gdy wokoło ludzie wierzą, to ja też.”. Myślę o poukładanych młodych ludziach, z prawidłowo ukierunkowanym światopoglądem, o wrażliwym sumieniu i rozumiejących swoją rolę w życiu. Myślę o ludziach, którzy nie starają się nikomu przypodobać, i którzy potrafią przyznać się do błędów. To oni przechodzą najcięższe kryzysy wiary, bo mimo zwątpienia cały czas mocno wierzą.
Dlaczego? Te słowo jest kluczowe. „Dlaczego właśnie ja?”, „Dlaczego tak się stało?”, „Dlaczego nie miałem wyboru?”. Wiele pytań przewija się przez głowę młodej osoby. Rozstanie rodziców, śmierć młodszego brata, choroba babci, rozwód siostry, a czasami wyjawienie przykrej tajemnicy z przeszłości czy znoszenie brutalnego zachowania ojca. Dla jednych są to sprawy, które ich nie ruszają, które, choć przykre, w dłuższym kontekście nie wywierają na nich większego wpływu. Sam wiem, że nikt nie jest wstanie przewidzieć swojej reakcji, gdy któraś z tych tragedii dotknie właśnie jego.
Najpierw rozpaczamy. To pierwsza reakcja. Płacz, pytania. Nie myślimy o Bogu – nie mamy do tego głowy, zastanawiamy się, co możemy zrobić, żeby odwrócić sytuację. Ta faza szybko mija. Wtedy zaczynamy krytykować. Krytykować bliskich, siebie, Boga. Ciągle wierzymy, jesteśmy świadomi, że bez Boga byłoby jeszcze gorzej, ale zastanawiamy się, dlaczego właśnie nam się to przydarzyło. Przecież nie zrobiłem w życiu nic złego, starałem się żyć w zgodzie z sumieniem, przestrzegałem Przykazań i chciałem być dobry dla ludzi dokoła. Jest tylu ludzi którzy nie chodzą do Kościoła, nie przejmują się Bożą nauką, a mimo to nie doświadczają nieszczęść i żyją dalej, dobrze sobie radząc. Czemu ja, a nie oni? To najtrudniejsza faza, która trwa najdłużej. Na Portalu Młodzieży Katolickiej Apostoł internauta jiim napisał tak:

„Mam problem z wiarą. Problem polega na tym, że stopniowo tracę wiarę we wszystko, w co wierzyłem. Nie bardzo wiem, co robić bo jednak nie chciałbym jej stracić. Chodzę częściej do kościoła, próbuję coś robić, ale to nic nie daje. Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Co można zrobić w takiej sytuacji?”

Wiemy, że tylko wiara w Boga może nam pomóc. Chodzimy do Kościoła,  nawet częściej niż wcześniej, żeby odnaleźć odpowiedź na nasze pytania, jednak jej nie znajdujemy. Z każdym dniem jest coraz gorzej, zaczynamy wątpić. Idziemy do spowiedzi, potem do następnej i jeszcze jednej. Chcemy zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności, ciężar winy, który z niewiadomych powodów przyjęliśmy na siebie. Jednak to nic nie daje. Cały czas czujemy niedosyt.
Ale wokół nas toczy się normalne życie. Zastanawiamy się, jak to jest żyć bez piętna, które na nas spadło. Nie możemy sobie przypomnieć naszego życia przed tragedią. Wściekamy się na rodzinę, która poradziła sobie z problemem lepiej. Wściekamy się na przyjaciół i znajomych, którzy powoli nas opuszczają i nie interesują się naszymi problemami. Wściekamy się na obcych ludzi, którzy tak bezkarnie uśmiechają się w naszej obecności. Jednak nie zmienimy wszystkiego dokoła, życie się toczy, a my stajemy się obojętni. Nie zapominamy, ale znieczulamy się. Nikomu nic nie mówiąc, głęboko w sobie chowamy swoje bóle. To bardzo niebezpieczny moment. Niektórzy nie wytrzymują i wybierają najprostsze rozwiązanie – śmierć. Nie są tchórzami. Po prostu nikt im nie pomógł. Obwiniają się za tragedię, którą przeżyli. Uważają, że tak chciał Bóg. To nieprawda.

Śmierć

Umierać nie jest wcale tak łatwo
Tak naprawdę to bardzo trudne
Tyle rzeczy do załatwienia
A inne niedopowiedziane

Wiele rzeczy dokoła
Przypomina mi Ciebie
To naprawdę nie jest
Przyjemne

Wiele razy myślałem o samobójstwie
Lecz za chwilę dochodziłem do wniosku
Że to nie jest oznaka odwagi
Lecz panicznego strachu

Umierać nie jest wcale tak łatwo
Dobrze wiem, że to bardzo trudne
Trzeba przezwyciężyć własną odwagę
Do tego, aby żyć dalej

Pamiętam, jak kiedyś
Byliśmy silni
Mieliśmy odwagę
By żyć

            Oni po prostu boją się dalszego życia. Boją się, bo wiedzą, że będą musieli powrócić do normalności. Oni nawet przyzwyczaili się już do tego, że są inni, że są napiętnowani, że przeżyli więcej, niż innym się śniło. Tchórzą właśnie w obliczu dalszego życia.
            Ci „odważni” próbują dalej. Nie odpuszczą, nie dadzą za wygraną. Są silni. Silni we wierze. Wiedzą, że tylko Bóg jest ich ucieczką i ratunkiem. Nie zapominają, jednak starają się przejść z tragedią do życia codziennego, wyciągnąć naukę z przeżyć.
            Takiej osobie potrzebny jest ksiądz.
            Ksiądz ma do odegrania olbrzymią rolę. Musi poświęcić tej osobie czas i uwagę, wysłuchać jej. To nie musi być spowiedź, to może być zwykła rozmowa. Może trwać godzinę, dwie. Ta osoba musi powiedzieć wszystko, co od tak dawna chowała głęboko w sercu. Nie potrzebuje już porad ani wskazówek. Potrzebuje potwierdzenia tego, że tak po prostu miało być. Że to część większego planu, który Bóg przygotował specjalnie dla niej. Skoro znalazła w sobie odwagę do rozmowy z księdzem, to już o tym wie. Potrzebuje tylko potwierdzenia…
            Taka osoba jest uratowana. Sprawdzają się słowa o. Jana Góry. Ta osoba wierzy mocniej niż wcześniej, znów potrafi cieszyć się życiem i rozmawiać z ludźmi. Zrozumiała, że niektóre rzeczy są nieodwracalne, i nie wolno zaprzątać sobie nimi sumienia, tak po prostu musiało być.
Znowu przytoczę słowa o. Mateusza Pindelskiego:

„Poznanie Boga wymaga wysiłku. Jeżeli ktoś chce przepłynąć jezioro, musi najpierw się nauczyć przepływać cztery baseny bez przerwy, potem pięć... aż nabierze sił, żeby pokonać cały dystans. Szukanie Boga wymaga doskonalenia siebie, ponieważ nasze lenistwo i Szatan sprzeciwiają się naszemu dążeniu.”

W powrocie do wiary trzeba być wytrwałym. Wystarczy chwila, żeby wiarę utracić, ale potrzeba dużo czasu, często miesięcy i lat, żeby powrócić na właściwą drogę. Ci, którzy odpadli w połowie dystansu, tak naprawdę nigdy nie wierzyli całym sercem.

piątek, 15 listopada 2013

na przekór nazwie - sen

Jeszcze chyba nigdy nie obudziłem się z tak wielkim uczuciem niepokoju. Gdy teraz myślę o moim śnie, to mógłby się wydawać nawet śmieszny. Ale dla mnie nie jest, nie wiem dokładnie dlaczego. Muszę go gdzieś spisać.

Razem z dziewczyną wyprawiamy kolację dla gości. Jest już późno. Nie widzę gości, mam po prostu świadomość, że są, tak jak wiem, kiedy wyszli. Jesteśmy w mieszkaniu, co do którego mam pewność że jest nasze, jednak nie jest do naszego podobne. Znam rozkład pomieszczeń, wiem, gdzie czego szukać, już kilka razy śniłem o tym 'domu'. Mieszkanie jest dwupoziomowe. Na górze są pomieszczenia moje i mojej dziewczyny, jednak we śnie wchodzę najdalej na szczyt schodów. Wiem że na górze jest nasze wspólne łózko. na dole jest mnóstwo dziwnych pomieszczeń. W pierwszym z nich są dwa łóżka, które zajmujemy zaraz po wyjściu gości. Moja dziewczyna chce, żebyśmy spali oddzielnie w tych dwóch łóżkach, kłócimy się, mówię, że albo śpimy razem na górze, albo przez miesiąc się do niej nie odezwę. Poszła na górę, ja zacząłem sprzątać po gościach. Przeszedłem do innego pokoju, tam zebrałem mnóstwo jej ubrań i stałem strasznie obładowany. Wtedy pierwszy raz z przedpokoju/korytarza (były tam schody i kilka drzwi) usłyszałem "ciiiii". Myślałem, że to moja dziewczyna. Wtedy też usłyszałem jak schodzi na dół. Gdy była już na dole schodów, po raz drugi dało się słyszeć "ciiii". Opieprzyłem ją, żeby mnie nie uciszała, w końcu jesteśmy u siebie w domu, a ona jeszcze nie śpi. Jednak, gdy stała przy mnie, usłyszeliśmy, tym razem oboje, po raz trzeci 'ciiii'. Głos dobywał się zza drzwi po prawej stronie schodów. Wiem, że nigdy żadne z nas tam nie weszło, tam się nie wchodziło. Byłem pewien, że były to pomieszczenia starej właścicielki domu, która już jednak nie żyje. Jednak moja dziewczyna potwierdziła wszystko, oprócz jej śmierci, mówiła, że nie wchodzimy tam właśnie dlatego, że tam mieszka stara właścicielka i nie chcemy jej przeszkadzać, a ten 'dom' tylko wynajmujemy. Najwidoczniej musieliśmy się zbyt głośno zachowywać, a było już późno. Drzwi się otworzyły, i wyszły z nich dwie bardzo stare i bardzo brzydkie kobiety. Choć wcześniej w korytarzu było bardzo ciemno, wraz z ich wejściem weszła też jasność, światło. Moja dziewczyna wzięła ode mnie wszystkie rzeczy i poszła na górę. Odzywała się do mnie tylko ta niższa, grubsza kobieta, z okrągłą twarzą, prawie białą, jednak nie trupio białą, a z nałożonym jakimś kremem/maseczką. Druga kobieta zaczęła się krzątać po pomieszczeniach na parterze. Grubsza była bardzo miła, zapytała mnie, jak sobie radzę z remontem i kiedy wreszcie wyremontuje kuchnię. Odpowiedziałem, że dopiero co skończyłem remontować piętro. że muszę odpocząć, i biorę się za remont pomieszczeń na parterze, zaczynając od jadalni. Wtedy ja wszedłem do jadalni, a stara kobieta została w przedpokoju, mówiąc, że jej 'znajomy' mi pomoże. Jadalnie okazała się olbrzymim pomieszczeniem, ze stołem długim na jakieś 40 osób i przeolbrzymia biblioteką z antresolą. Obok mnie stał (!) Michał Żebrowski jako Jan Skrzetuski z 'Ogniem i Mieczem' (!). Wbiegł szybko do sali, i wrócił biegiem z dziwnym uśmiechem i książką w ręku, nie pokazał mi jej, tylko szybko wybiegł. Wyszedłem za nim i skierowałem się na gorę po schodach, gdzie na szczycie schodów moja dziewczyna klęczała nad jakimś pudełkiem i mówiła, że nie może go ustawić, bo gdzieś w mieszkaniu poplątały się kable. W tej samej chwili na dół zawołała mnie starsza kobieta, i wprowadziła do kuchni, w której nigdy wcześniej nie byłem, cały czas pytając o jej remont. Ona coś mówiła, a ja byłem zapatrzony w te pomieszczenie oświetlone jaskrawym żółtym światłem. Było oklejone tapetami, na których widniały głowy(?) z rogami. Jedno miejsce było o wiele jaśniejsze, jakby został zabrany jakiś mebel. I wtedy obudziłem się z niesamowitym poczuciem niepokoju.